Jak to możliwe, że w ciągu zaledwie kilkunastu lat uznawana niegdyś za należącą do marginesu społecznego grupa potrafiła zmienić nastawienie do siebie znacznej części opinii publicznej i polityków na całym świecie? Jak to możliwe, że jeszcze nie tak dawno penalizowane w wielu krajach zachowania, charakterystyczne dla tej grupy, dziś są nie tylko uznane za normę, ale wręcz promowane? Jak to możliwe, że osoby i środowiska potępiające zachowania uznawane do niedawna za dewiację, dziś za wyrażenie takiego potępienia mogą spodziewać się ostracyzmu lub wręcz sankcji karnych?

Tego właśnie doświadczył w ostatnim czasie Zachód, który w ciągu dwóch dekad najpierw odkrył u siebie rzekomo dyskryminowaną „mniejszość homoseksualną”, a następnie przyznał jej wyjątkowe przywileje, których nie posiada żadna grupa społeczna. Wydaje się, że taka rewolucja, związana z przemianą w świadomości społeczeństw, działaniu instytucji, funkcjonowaniu prawa, przewartościowaniu języka i zmianami w wielu innych dziedzinach życia ludzkiego, jakiej doświadcza dziś duża część świata, możliwa byłaby tylko w warunkach jakiegoś totalnego kataklizmu, związanego z całkowitym zachwianiem relacji międzyludzkich. Tymczasem dokonała się ona w czasach pokojowej, pełnej dobrobytu stabilizacji, która – wydawałoby się – sprzyjać powinna raczej ciągłości praw i instytucji niż takim rewolucyjnym przeobrażeniom. Nic więc dziwnego, że amerykański pisarz Spencer Hughes, podobnie jak wielu z nas stawiający pytania przytoczone na wstępie, próbuje na nie odpowiedzieć wizją wielkiej, międzynarodowej, a szczególnie silnej w USA siatki powiązań organizacji i środowisk homoseksualnych, bezwzględnie dążącej do realizacji swego najważniejszego celu, którym jest całkowite przeobrażenie świata, niejako zorganizowanie go na nowo na swoją modłę. Konspiracja ta, działając wszelkimi dostępnymi metodami, niecofająca się przed szantażowaniem, oczernianiem, a nawet mordowaniem swych najgroźniejszych przeciwników, posiada przemożne wpływy w mediach, w światku kultury i finansjery, a jej macki sięgają również do rządowej administracji.

Napisana w 1993 r. powieść Hughesa, której akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych w nieokreślonych bliżej latach XXI wieku, nie jest jednak rojeniem kolejnego wyznawcy „teorii spisku”. Jej autor właściwie wychwycił bowiem rewolucyjny trend, dzięki czemu książka okazała się rodzajem socjopolitycznego proroctwa – ot o political fiction sprzed 15 lat stało się publicystycznym niemal opisem rzeczywistości świata Zachodu AD 2008. – To jest historia o czymś, co się rysuje jako najbardziej udana rewolucja we współczesnej historii, być może w całej udokumentowanej historii ludzkości – pisze Hughes w posłowiu do polskiego wydania swej powieści. Autor, były pracownik cywilny waszyngtońskiej administracji, ekspert do spraw obronności, nie ukrywa, że nie jest typowym powieściopisarzem, a jego praca ma jasny cel – ostrzec świat przed rewolucją wojujących homoseksualistów, tworzących coś na kształt sekty wyznającej dziwną mieszankę idei politycznej poprawności i New Age, a przede wszystkim karmiącej się nienawiścią do heteroseksualnego świata.

Pomimo publicystycznego charakteru powieści i pewnej szablonowości głównych bohaterów, książka jest napisana sprawnie, a jej sensacyjna intryga i klasyczne gwałtowne zwroty akcji łatwo „wciągają” czytelnika. choć można mieć uwagi do polskiego tłumaczenia, które miejscami wydaje się aż nazbyt dosłowne. Książka, wydana przez „Frondę”, powinna znaleźć w naszym kraju licznych czytelników, gdyż – jak pisze Spencer Hughes – dzisiaj Polska znajduje się na linii frontu sprzeciwu wobec rozpowszechniania się tej rewolucyjnej ideologii na Zachodzie – tym, co kiedyś nazywaliśmy „światem chrześcijańskim”.